WSTECZ


2008-10-30
Przez góry do Nieba



Myśl o pozłoceniu odznaki nie od wczoraj spędzała mi sen z powiek, była też przyczyną nie jednego mniej lub "bardziej" udanego wyjazdu na Żar. No właśnie "El Monte Santo Żar" góra położona w paśmie Beskidu Małego od dawna jest mekką polskiego szybownictwa. To właśnie ze szczytu Żaru startowali Juniorzy do swoich pierwszych Szybowcowych Mistrzostw Polski w maju 1949r.

Pierwsza szansa wyjazdu na Żarowską fale pojawiła się na początku Października. Jednak na skutek niejednoznacznych prognoz wybrałem tydzień latania samolotowego w Lisich. Prognozy jak to prognozy sprawdziły się inaczej niż miały i efekt był taki, że na samolotach polatałem niewiele a na Żarze inni cieszyli się falą. Od tego momentu w miarę regularnie śledziłem serwery meteorologiczne i przemieszczanie się układów barycznych, czekając na ten jeden wymarzony. Ów wymarzony układ to wielki niż z centrum nad wyspami Brytyjskimi i jeszcze większy wyż nad Rosją. Jak ogólnie wiadomo ideał nie istnieje ale we wtorek 28.Października służby NATO prognozowały podobny układ na czwartek 30.10 W środę 29.10 Prognozy jeszcze się poprawiły - różnica ciśnień między wyżem z centrum nad Rosja a niżem z centrum nad kanałem La Manche i północną Europą wynosiła aż 47hPa co mimo słabego wiatru prognozowanego przez ICM na 36km/h napawało mnie optymizmem. Mój niepokój budził jedynie front chłodny, związany z małym ośrodkiem niżowym nad Bałtykiem. Wartość ciśnienia w tym małym ośrodku była prawie identyczna jak w niżu nad kanałem . Doświadczenia wynikające z wcześniejszych obserwacji podpowiadały, że niże mogą się połączyć a wtedy niepewna byłaby droga wędrówki chłodnego frontu, który swą siłą zimnych mas powietrza miał przepchnąć woale ciemnych, mokrych i niskich chmur zalegających nad Polską.

Kilka telefonów, szybkie pakowanie i o 16:38 ruszyłem Gniadym w stronę Żaru. Fatalna pogoda po drodze, rzęsisty opad deszczu i gęsta mgła zanikające dopiero w rejonie Góry Świętej Anny sprawiły, że pod internatem znalazłem się dopiero przed północą. Przywitał mnie pięknie wiejący silny wiatr i niebo ozdobione niczym nie zasłoniętymi gwiazdami. Kładłem się spać pełen nadziei i optymizmu z niecierpliwością czekając następnego dnia.

Po przebudzeniu przywitał mnie błękit i wiatr wiejący ok.8m/s szybko zjechałem pod hangar gdzie zobaczyłem nie żadnego miejscowego a we własnej osobie Janka Włodarczyka, niestety w drugim jego zdaniu padły słowa: "nie ma już szybowców". Lekko załamany postanowiłem realizować jedyna dostępną teraz dla mnie opcję czyli czekać na lądowanie któregoś z kolegów i przejęcie szybowca w drugiej kolejności. Jeszcze przed 9 wystartował zespół. Za sterami starego Jaczka zasiadał nie kto inny tylko sam Mistrz Świata Sebastian Kawa zaś po drugiej stronie sznurka podczepiony był Paweł "Pawulon" Drenda w Jantarze. Chłopaki startowali przy wietrze w porywach sięgającym do 12m/s Jednak zaraz po starcie jak to później ktoś określił "zderzyli się ze ścianą wiatru", którego porywy dochodzące do 25m/s zaczęły dosłownie przesuwać nam szybowce stojące na lotnisku i wytłukły jedną szybę w hangarze, po chwili w oddali zaczęła wyć strażacka syrena alarmowa!! To były prawdziwe chwile strachu, nie dość, że walczyliśmy o utrzymanie szybowców w miejscu to jeszcze oglądaliśmy dwie nieudane próby lądowania Jaka. Do tej pory myślałem, że na Żarze jest to niemożliwe jednak na szczęście się udało, za każdym razem Jaczek bezpiecznie odchodził na drugi krąg. Decyzja była jedna Jaczek musi uciec z gór i wylądować na innym bezpiecznym lotnisku. Po telefonie do Tośka Kufla z Bielska wybór padł na Katowice. W Bielsku odmówili przyjęcia samolotu, wiatr na lotnisku przekraczał 100km/h!! W Katowicach wiatr dalej był silny ale w osi lądowania i na płaskim więc w godzinę po bezpiecznym lądowaniu Jaka na lotnisku wylądował też Jantar, którego pilot pobił chyba wszystkie rekordy dolatując z Żaru do Katowic w 9min tracąc zaledwie 200m!!

Kolejny dzień mimo iż załapałem się na Pirata nie był już optymistyczny. Wiaterek nie przekraczał 4m/s i tylko szybko przemieszczające się chmury nad Żarem wskazywały na możliwość wystąpienia fali. Z uwagi na to, że mój szybowiec znajdował się z tyłu hangaru automatycznie byłem ostatnim w kolejce do startu. Dało mi to możliwość analizy, który z możliwych wariantów holowania będzie korzystniejszy. Warianty były dwa tańszy z holowaniem na 400m na zbocze Żaru i droższy z holowaniem na 500-600m na niewidoczne z lotniska zachodnie zbocze Magórki. W międzyczasie wiatr nasilił się, zresztą zgodnie z komunikatem do 12m/s. Z obserwacji latających szybowców i korespondencji radiowej wynikało, że lepiej jest wybrać drugą opcje i holować się na Magórkę. Tak też zrobiłem, po starcie przyszedł czas na krótki ale TURBULENTNY hol. Wyczepiłem się nad zboczem Magórki na 500m czyli 100m poniżej szczytów. Lekko ponad optymalna na prędkościomierz i zacząłem żeglować w stronę Bielska. Na końcu pasma miałem już 650m w silniejszym noszeniu zrobiłem 2-3 eSy wjeżdżając na 700m później zacząłem krążyć i po chwili miałem już ponad 900m i to było wszystko co nad Magórką można było wyżebrać. Odszedłem z tej wysokości do przodu pod wiatr i jak szybko odszedłem tak jeszcze szybciej z opuszczonymi uszami wracałem na żagiel ponownie na 500m. Teraz zaczęła się gehenna, wiatr przy ziemi mocno ucichł i czekała mnie ponad godzina latania w te i na zad w przedziale wysokości 550-650m. W pewnym momencie na 550m wpadłem najprawdopodobniej w rotor, który dawał duszenie o sile do 7m/s w jednej chwili znalazłem się na wysokości 450m byłem przekonany, że to koniec mojego lotu. W międzyczasie dwa szybowce spadły z żagla i lądowały na lotnisku ale inne szybowce, które startowały wcześniej w silniejszym wietrze meldują wysokości przekraczające 4000m! Postanowiłem się nie poddawać, przeczekać na dychawicznym żaglu choćby do zachodu słońca, robić wszystko aby tylko utrzymać się w powietrzu bo tylko wtedy będę miał jeszcze szansę na złoto przecież tylko po nie przyjechałem na Żar. Mozolnie metr po metrze wdrapywałem się ponownie nad szczyty. Ok. godziny trzynastej zaczęła budzić się termika i pokrywać niebo cumulusami. Pod jednym z takich cumulusów, który akurat nasunął się w pobliże zbocza wykręciłem podstawę 1400m. Dalej pod zlepkiem chmur cały czas wciągających mnie do góry przesunąłem się w stronę Bielska. Wcześniej słyszałem w radio, że właśnie tam stoi pole falowe i faktycznie tak było. Kiedy tylko przeleciałem na nawietrzną stronę chmur wpadłem w 3metrową windę. Najpiękniejszy był moment kiedy linia wzroku zrównała się z płaszczyzną utworzoną przez wierzchołki cumulusów bielszych niż śnieg, bielszych nawet niż koszule z reklam proszków do prania. Niesamowity efekt bieli potęgowało jeszcze słońce które odbijało się w wierzchołkach chmur. Kilka halsów na lewo i prawo aby utrzymać się na fali i nerwowa obserwacja nieustannej wędrówki wysokościomierza. Po ok. 20' przekroczyłem magiczną wysokość 3500m łzy szczęścia same cisnęły się na oczy, wiedziałem, że właśnie staję się kawalerem Złotej Odznaki. Dla pewności zapisu Loggera wjechałem jeszcze na 4100m nad teren lotniska. Z uwagi na brak aparatury tlenowej przyrzekając sobie, że jeszcze kiedyś tam wrócę otworzyłem hamulce i pożegnałem się z tymi dającymi tyle emocji widokami. Zgodnie ze wskazaniami GPS wleciałem w okolice lotniska niebo tam było jednak zamknięte zlepkiem cumulusów, które wcześniej pozwoliły mi przejść na fale. Przemieściłem się więc o 12km w stronę jednej z "dziur" w pokryciu nieba i w okolicach Łodygowic przebiłem się pod podstawę. Cały czas wytracając wysokość na hamulcach poprosiłem Radio Żar o warunki lądowania. Nie wierzyłem własnym uszom kiedy Bogdan siedzący akurat "na trubce" podawał wiatr w osi w porywach do 2m/s!! aż poprosiłem o powtórzenie. Lądowanie już bez turbulencji bez emocji niczym nie odbiegało od wielu wcześniejszych. Po 2h27min lotu skończyła się moja falowa przygoda. Odczyt z loggera wskazuje 3708m przewyższenia.

Hol 70zł szybowiec 83zł rachunki telefoniczne 30zł nocleg 66zł dojazd 250zł złota odznaka BEZCENNA

MSM


Webmaster                                              DO GÓRY